About Me

header ads

Zaczęło się!

No to mamy. Andrzej Duda wystartował jako kandydat PiS. Kandydat marzeń, jak powiedział prezes wszystkich prezesów, Jarosław Kaczyński.

Konwencja w iście gierkowskim stylu. Poparcie dla kandydata – jednomyślne, a jakże by mogło być inaczej. Sala pełna entuzjazmu, brawa co chwilę, reflektory pod niebo – to ma robić wrażenie. W pierwszym rzędzie rodzina, była premier Szydło, Prezes, premier Morawiecki.

Z tych laudacji na cześć kandydata i obecnie sprawującego funkcję prezydenta najważniejsze było, moim zdaniem to, które mówiło, że Andrzej Duda realizuje polityczny testament prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dla Jarosława nic nie może być bardziej nobilitujące – Andrzej Duda musi wygrać te wybory.

W tym, co wyżej najważniejsze jest słowo musi. Musi za wszelką cenę. To dlatego Sejm uchwalił budżet, w którym prawie 2 miliardy (dwa tysiące milionów, to prawie trzy miliony dziennie, każdego dnia TVP może budować tę farmę trolli, fabrykę kłamstwa, tak aby „głupi lud miał co kupować”, jak to kiedyś sformułował obecny prezes TVP Jacek Kurski).

Rządzący nie dali tych pieniędzy na telewizję, oni je dali na zapewnienie swojego zwycięstwa w prezydenckich wyborach.

Tu nie ma żadnych limitów, jak będzie trzeba, to znajdą się następne miliardy. Takie jak te 12 miliardów na trzynastą emeryturę, którą emeryci otrzymają na dwa tygodnie przed wyborami. To ważne, dwa, trzy tygodnie to czas, w którym słabnąca pamięć starszych ludzi wystarczy, aby pamiętać od kogo ten prezent (przypomnę, co wykrzykiwała z estrady jeszcze wtedy premier Beata Szydło przy pierwszej „trzynastce” – to jest prezent od Jarosława Kaczyńskiego, od niego osobiście). A skoro tak, to teraz gdy Jarosław Kaczyński tak mówi o Andrzeju Dudzie, to jasne jest – trzeba się odwdzięczyć, głosując na niego w majowych wyborach.

Jeśli gdzieś, na jakiś zajęciach ze studencką młodzieżą potrzebny jest przykład działań określanych jako polityczna korupcja, to to jest doskonałym tego przykładem. Przynajmniej tyle dobrego.

Jeszcze raz do słowa musi. Stawka, jaką jest wygrana Dudy w wyborach prezydenckich, jest ogromna. Tu nie chodzi o to, czy Andrzej Duda wygra, czy przegra wybory o reelekcję; tak już w Polsce bywało. Wybory o reelekcję przegrał Lech Wałęsa, prawdopodobnie przegrałby i Lech Kaczyński, przegrał Bronisław Komorowski. Jedynym prezydentem, który wygrał reelekcję i to w pierwszej turze, był Aleksander Kwaśniewski. Przegrana Andrzeja Dudy w majowych wyborach oznacza całkowitą dekompozycję obozu władzy, a na pewno oznacza koniec marszu po pełnię władzy dla Jarosława Kaczyńskiego.

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć – ta władza zrobi wszystko, powtarzam: wszystko, aby wynik wyborów był dla niej korzystny. Wszystko w trakcie kampanii wyborczej, ale i wszystko w procesie liczenia głosów i późniejszym ogłaszaniu wyników. Ma do tego potrzebne instrumenty prawne, Państwową Komisję Wyborczą, która może wnieść zastrzeżenia do rozliczeń wydatków na kampanię, tę Izbę w Sądzie Najwyższym, która ogłasza, że wybory były ważne, cały aparat państwa, który może zostać zaprzęgnięty do walki o zwycięstwo PiS-u w nadchodzących wyborach.

To jest walka o wszystko. Te różne didaskalia o praworządności, niezawisłości sędziowskiej, trójpodziale władzy, spór z Unią Europejską są bez znaczenia. PiS wie — trzeba mieć „swojego” prezydenta tak, jak trzeba mieć „swoich” sędziów. Tylko bardziej, po stokroć bardziej…

Zaczynająca się kampania wyborcza to nie jest kampania w wyborach prezydenckich – to jest kampania dotycząca tego, czy w maju obronimy się jako społeczeństwo przed dyktaturą, na razie miękką dyktaturą jednego człowieka, który już teraz rządzi Polską jak chce, jest premierem, prezydentem, marszałkiem sejmu a być może za chwilę i marszałkiem senatu. To jest w jego zasięgu i, żeby było śmieszniej, jest on poza odpowiedzialnością konstytucyjną. On zwykły poseł, nawet nie przewodniczący klubu poselskiego. On — nikt. Niepracujący w sejmie (wystarczy zobaczyć listę jego nieobecności na obradach plenarnych). Nie pracuje też w żadnej sejmowej komisji. Dlaczego?

Bo tam trzeba pracować naprawdę.

Prezes pracuje jedynie w siedzibie swojej partii na Nowogrodzkiej, (to faktycznie jest jego partia, wystarczy przeczytać statut; statut, który sam sobie napisał).

Jeżeli nie dotrzemy z tym przekazem do wyborców, jeżeli nadal będziemy się spierać o didaskalia, o to, jak kto wygląda, co powiedział, a czego nie powiedział, to przegramy. Władza ma absolutną przewagę środków i instytucji. W twardym sporze o pieniądze zawsze powie, czego nie robili poprzednicy (bo nie robili), a jak tego nie wystarczy, to zapłaci kolejną zapomogę, skróci i tak krótki czas pracy potrzebny do przejścia na emeryturę, obieca każdemu elektryczny samochód i stumetrowe mieszkanie. Obieca wszystko, bo nie ma takiej ceny, której nie zapłaci, aby zostać przy władzy.

Dzisiejsza konwencja Prawa i Sprawiedliwości, na której pomazańcem prezesa Kaczyńskiego został Andrzej Duda, pokazała, co jest ważne, a co nie. To można pojąć, to jest do ogarnięcia. Trzeba jednak skończyć z myśleniem o „swoim podwórku”. Tu chodzi o cały kraj, a nie o partyjne podwórko tej czy innej partii. Na takie myślenie, na takie wybory będzie czas później, w Polsce jaką trzeba będzie zbudować ponownie — po tym, co zniszczyła „dobra zmiana”. To da się zrobić, ale warunkiem jest przegrana Andrzeja Dudy w majowych wyborach.

O słabościach proceduralnej demokracji – bo tym, siadając do klawiatury, chciałem napisać, innym razem.

Autor:
Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk
studioopini.pl

#wybory #duda2020 #kidawa2020

Prześlij komentarz

0 Komentarze